Zbiórki

Artur Dąbrowski, Nowy Dwór Mazowiecki

Zbieram na leczenie chłoniaka

Witam, mam na imię Artur, mam 53 lata. Jestem ojcem dwóch córek (15 i 23 lata). Zachorowałem w listopadzie 2020 roku. Byłem w pełni zdrowy i silny, pełen życia. Po profilaktycznych badaniach zleconych przez lekarza rodzinnego dostałem szokujący telefon z informacją, że muszę natychmiast jechać do szpitala i że przy moich wynikach mogę w każdej chwili umrzeć. Spędziłem kilka tygodni w szpitalach na diagnostyce i ostatecznie zdiagnozowano u mnie przewlekłą niewydolność szpiku kostnego (bardzo rzadką odmianę nieuleczalnego chłoniaka – Makroglobulinemię Waldenströma), która wywołała schyłkową niewydolność nerek wymagającą dializoterapii bądź przeszczepu nerki. Pierwszy kurs chemioterapii nie zadziałał, zmieniono leczenie. Po kolejnej silnej chemioterapii wystąpiła tzw. bardzo dobra częściowa odpowiedź (ponad 95% remisji). Makroglobulinemia Waldenströma jest jednak chorobą nieuleczalną, nawroty są tylko kwestią czasu, a chemioterapia, którą powinienem przyjąć w kolejnym rzucie choroby, nie jest w Polsce refundowana. Jej roczny koszt to ok. 300 tys. zł. Doświadczenia w leczeniu Macroglobulinemii Ibrutinibem na świecie wskazują na wysoką skuteczność tego leku, co jest źródłem ogromnej nadziei dla mnie i mojej rodziny. Jednak koszt jego finansowania zdecydowanie przekracza nasze możliwości, zwłaszcza że jest to tylko jeden z wielu wydatków, które ponosimy w związku z chorobą (konsultacje w Polsce i za granicą, leki, dojazdy na dializy). W szpitalu przy ul. Banacha w Warszawie (jednym z dwóch tylko ośrodków w Polsce, które są w stanie leczyć moją przypadłość) jestem pod opieką doskonałych lekarzy, którzy z ogromnym zaangażowaniem starają się pomóc mi w tej trudnej sytuacji, jednak pewnych barier systemowych nie przekroczą.. Chciałbym móc jak najdłużej cieszyć się życiem, pracować, uczestniczyć w dorastaniu moich córek, może i wnuków... W związku z tym zwracam się z prośbą do wszystkich ludzi dobrej woli o pomoc. Z góry dziękuję!

50 309 zł z 300 000 zł
16%
Łukasz Dołębski, Nakla

Międzybłoniak otrzewnej - spersonalizowana terapia ostatnią szansą dla Łukasza

Łukasz ma 44 lata. To człowiek, który nigdy nie szukał rozgłosu - cichy, skromny samotnik, nigdy nikogo nie prosił o pomoc, którego największą pasją jest wędkowanie, podróże i spokój na łonie natury. Ukończył politologię na UMCS w Lublinie, pracował w lokalnej firmie produkującej palety drewniane. Niestety 5 lat temu jego plany życiowe i sens życia runęły. Diagnozabrzmiała jak wyrok śmierci - międzybłoniak otrzewnej - ekstremalnie rzadki i agresywny nowotwór. Jakby tego było mało, w tym samym czasie kiedy jego świat się walił, odeszła od niego żona. Łukasz został zmuszony do walki z nowotworem w pojedynkę. Ale nie pozwoliliśmy mu na to - My - jego rodzice i młodsza siostra - stanęliśmy za nim murem. Łukasz nie zgodził się na chemioterapię, po długim gojeniu rany wrócił do pracy i w miarę normalnego życia. Jednak w styczniu tego roku nowotwór uderzył nagle ze zdwojoną siłą. Doszło do ostrej wznowy, mimo regularnych wizyt u onkologa. Lekarze przeprowadzili dramatyczną operację ratującą życie - Łukasz stracił większą część jelita cienkiego, wyłoniono dwie stomie, a jego codziennością stało się żywienie pozajelitowe, ciągłe zmiany opatrunków, wenflonów i zastrzyki. Po 2 tygodniach na OIOM-ie system medyczny rozłożył ręce. Łukasza przeniesiono do hospicjum. Usłyszeliśmy okrutne słowa - "Na ten nowotwór nie ma leczenia, pacjenci nie przeżywają...". Jednak my nie pogodziliśmy się z tym wyrokiem. W czasie gdy Łukasz przebywał w hospicjum, my poruszyliśmy niebo i ziemię, dotarliśmy do jednego z najwybitniejszych onkologów w Polsce. Zaproponował specjalistyczne badania genetyczne Exacta w Wielkiej Brytanii, niezwykle kosztowne, ale dające nadzieję. Łukasz od ponad miesiąca przebywa w domu w tzw. hospicjum domowym - opiekujemy się nim 24 godziny na dobę. Wszystkim nam jest ciężko, ale musimy być dzielni i walczyć. Miesiąc temu przyszły wyniki z Wielkiej Brytanii. Stało się coś, w co inni lekarze nie wierzyli - wyniki badań dały nam konkretną odpowiedź - zielone światło do walki! Ta walka kosztuje fortunę, a czas ucieka! Dla Łukasza stworzono spersonalizowaną terapię. Jest już po pierwszych wlewach dożylnych celowanych substancji, które mają niszczyć komórki nowotworowe oraz stymulować układ odpornościowy do walki. Pojawiła się realna szansa na życie dla Łukasza. Niestety, barierą potwornie trudną do przejścia stają się koszty tej terapii. Leczenie odbywa się w Szczecinie - a wizyty muszą odbywać się regularnie co 3 tygodnie. Koszty specjalistycznych leków, transportu, opieki lekarskiej rujnują nasz budżet. Nie wiemy, jak długo może potrwać terapia, ale wiemy, że nie wolno nam jej przerwać. Przerwanie leczenia oznaczałoby poddanie się bez walki i zwycięstwo międzybłoniaka. Łukasz chce żyć. Pragniemy, by jeszcze kiedyś mógł w spokoju usiąść z wędką nad wodą i nie być od nikogo zależny. Bardzo prosimy Was o pomoc w sfinansowaniu tego medycznego cudu. Każda wpłata, każda złotówka i każde udostępnienie tej zbiórki to dla naszego syna i brata szansa na jutro. Z całego serca dziękują- Rodzice i Siostra Łukasza

185 zł z 250 000 zł
0%
Arkadiusz Suska, Staszów

Pomóż mi sfinansować leki i przeszczep szpiku kostnego!

Mam na imię Arkadiusz. Mam wspaniałą rodzinę, jestem ojcem dwóch cudownych córek w wieku szkolnym, które wciąż mnie potrzebują! W kwietniu 2017 r. po badaniu szpiku kostnego okazało się, że jestem chory na ostrą białaczkę szpikową typu pośredniego. Po pierwszej chemioterapii nastąpiła poprawa. Obecnie mam pogorszenie wyników krwi. Muszę podjąć dalsze leczenie - włącznie z przeszczepem szpiku. Mieszkam w USA i moje ubezpieczenie nie pokryje w całości tego bardzo drogiego leczenia. Bardzo proszę o wsparcie finansowe. Z góry dziękuję za pomoc.

133 514 zł z 400 000 zł
33%
Anna Szuszczewicz, Pruszcz Gdański

Walczę z czasem. Potrzebuję nierefundowanego leku.

Mam na imię Ania. Walczę z rakiem piersi z przerzutami do płuc. Potrzebuję leku, którego NFZ nie refunduje. Na początku 2012 r. zrobiłam kontrolną mammografię. W opisie wyniku otrzymałam zalecenie wykonania biopsji w celu wyjaśnienia widocznej zmiany. I nagle wielki strach i lęk, nie tylko o siebie, ale także o najbliższych. Wynik biopsji i wyrok: rak piersi. W ciągu kilkunastu dni przeszłam operację, następnie półroczną chemię i roczne leczenie przeciwciałem monoklonalnym IgG1. Leczenie okazało się na tyle skuteczne, że zahamowało chorobę na blisko 3 lata. Wróciła nadzieja, radość z życia i w końcu mogliśmy trochę odetchnąć. Wróciłam do pracy. Starałam się żyć normalnie, może tylko bardziej doceniałam każdy kolejny dzień, bo wiedziałam, że świat może zawalić się w jednej chwili. Cały czas towarzyszyła mi jednak obawa, że nowotwór może wrócić. Każde badanie kontrolne to nieodłączny strach. W kwietniu 2016 r. to, czego tak bardzo się obawiałam, stało się faktem. Kontrolne badanie i wynik: przerzuty do obu płuc. Znowu tradycyjna półroczna chemia i dwa inne leki. Znowu bardzo źle się czułam, brakowało mi sił, miałam chwile zwątpienia. Jednak prawie wszystko można znieść widząc efekty i mając nadzieję. Niestety w styczniu 2017 r. leki przestały działać i guz zaczął rosnąć. Zaprzestano więc dalszego ich podawania. Obecnie nie mam dostępu do leku, którym powinnam być leczona. Na świecie lek ten stosowany jest w leczeniu standardowym, w naszym kraju obowiązują procedury, które uniemożliwiają bezpłatne leczenie nim. W 2012 r. udało się zapanować nad chorobą. Teraz mam przerzuty wymagające zintensyfikowania leczenia. Czas jest w tej sytuacji najważniejszy. Nie mogę sobie pozwolić na niepodjęcie leczenia. Dlatego zdecydowałam się prosić Was o pomoc. Nie mam wyboru. To walka o moje życie. Do tej pory dawaliśmy sobie radę sami. Niestety teraz nie jesteśmy w stanie poradzić sobie bez Waszej pomocy! Terapia trwająca średnio 9,5 miesiąca. jest bardzo kosztowna. Lek musi być podawany regularnie co 3 tygodnie. Koszt jednego podania to ok. 20.000 zł. Cała terapia kosztuje ok. 300.000 zł. Kwota ta całkowicie przekracza możliwości naszej rodziny i najbliższych. Dlatego zwracam się do Was z prośbą o pomoc! Każda złotówka jest niezwykle cenna, dlatego bardzo o nią proszę! Dzięki Waszej hojności będę miała szansę sfinansować leczenie i dzięki temu odejdzie mi chociaż jedno zmartwienie. Decyzję o rozpoczęciu terapii muszę podjąć jak najszybciej. Opóźnienie leczenia naraża mnie na szybki postęp choroby i zmniejsza szansę na życie. Stąd moja ogromna prośba o pomoc finansową i pomoc w rozpowszechnianiu informacji o zbiórce. Poprzednie dwa cykle chemii nie powstrzymały rozwoju choroby. Spowodowały za to szereg skutków ubocznych i wiele dolegliwości. Nowy lek daje mi szansę na powstrzymanie i stabilizację choroby. Wykazuje wysoką skuteczność wobec mojego typu raka (HER2 dodatni, jest to rak inwazyjny, szybko dający przerzuty), a dodatkowo znacznie minimalizuje skutki uboczne terapii. Chociaż jest mi trudno, znoszę wszystko, bo bardzo chcę wyzdrowieć. Najgorsza teraz jednak jest bezsilność i niepewność, czy uda mi się rozpocząć i kontynuować leczenie. W przyszłym roku moja córka wychodzi za mąż. Moim największym pragnieniem jest być z Nią w tym tak ważnym dla Niej i dla mnie dniu. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie z Nią nie być! Bardzo proszę, pomóżcie mi! Podobno dobro powraca! Za każdą najmniejszą wpłatę z serca dziękuję!

30 058 zł z 300 000 zł
10%
Anna Wisińska, Gdańsk

Podstępny rak jajnika i nadzieja na wyleczenie

Mam na imię Ania, jestem mamą dwóch wspaniałych Synów: Ignasia lat 7 i Tymka lat 17 lat, których wychowuję sama. Zawsze byłam fighterką, a w życiu ładowało mnie to, że mogę pomagać i wspierać, nie istniało stwierdzenie "nie da się". Pokonałam mnóstwo przeciwności losu i zawsze brnęłam w życiu do przodu, pomagając też innym. Dzieliłam się dobrem i moimi niekończącymi się pokładami energii i pozytywnego nastawienia. Na co dzień byłam bardzo aktywna zawodowo, towarzysko i rodzinnie. Życie moje, Tymka i Ignasia przewróciło się do góry nogami w kwietniu 2024, kiedy to dowiedziałam się o pierwszym - 9 cm - guzie jajnika. Przeszłam ciężką operację cytoredukcji, gdzie wycięto mi wiele narządów – operacja wykryła dodatkowe 5 złośliwych guzów nowotworowych, których badania obrazowe nie ujawniły wcześniej. Wycięto w sumie 5 guzów, jeden został. Przeszłam ciężką podwójną chemioterapię w sześciu cyklach. Niestety to nie koniec mojej walki o zdrowie, ponieważ oprócz druzgocących skutków ubocznych chemioterapii ostatnie badania wykazały u mnie niestety zmiany wtórne. Od drugiej połowy grudnia 2024 r. jestem w trakcie leczenia nierefundowaną monoterapią inhibitorem PARP (niestety zgodnie z zasadami programu lekowego nie łapię się pod refundację), której koszt to ponad 11.000 zł za opakowanie leku, który wystarcza na 14 dni. Lekarze wcześniej zakładali, że dawka wystarczy na miesiąc, niestety trzeba było ją podwoić ze względu na zmiany wtórne. Na chwilę obecną zebrane środki zapewniają mi leczenie do września 2025, a leczenie ma trwać do końca 2026. To nie jedyne koszty, z jakimi mój przeciwnik każe mi się mierzyć - dochodzą ogromne koszty wizyt lekarskich, leków wspomagających, rehabilitacji i badań diagnostycznych, które przekraczają często moje możliwości finansowe. Toczę swój pojedynek od 2009 roku. To właśnie wtedy stwierdzono u mnie mutację w genie BRCA1. Oznacza ona predyspozycję do zachorowań na nowotwór jajnika i piersi. W 2011 roku poddałam się zabiegowi mastektomii, czyli usunięcia piersi. Przez kilka lat kolejne badania nie wykazywały żadnych nieprawidłowości, aż do 2015 roku, kiedy wykryto guzy na tarczycy, czego konsekwencją było wycięcie jej. Pierwsze poważne objawy obecnej choroby pojawiły się u mnie latem 2023 roku. Przez dłuższy czas utrzymywało się złe samopoczucie, bóle brzucha oraz krwotoki, które ustąpiły dopiero po konsultacji z lekarzem i podaniu leków. Zaniepokojona stanem zdrowia w dalszym ciągu wykonywałam regularne badania profilaktyczne – bez efektów w postaci wykrycia nieprawidłowości. Zdecydowałam wtedy, że poddam się zabiegowi profilaktycznej owariektomii (usunięcia jajników z przydatkami). Niestety na termin wizyty u specjalisty, który wystawiłby niezbędne skierowanie, trzeba było czekać do kwietnia 2024. Mój stan zdrowia znacznie się pogorszył w marcu 2024 roku. Powróciły bardzo silne i nieustępliwe bóle brzucha oraz pleców, a złego samopoczucia nie redukowały nawet mocne leki przeciwbólowe. Umówiłam wizytę u specjalisty ponownie i przed wizytą na własną rękę wykonałam jeszcze badania laboratoryjne, w tym poziom markera nowotworowego Ca-125. Wynik markera przekroczył moje najśmielsze wyobrażenia - 1450 (norma 35). Po dwóch tygodniach byłam już na stole operacyjnym, a wynik markera Ca-125 wzrósł do 4500. Rak odebrał mi tak wiele: zdrowie, energię, kobiecość. Choroba nowotworowa dotyka nie tylko chorego - z jej powodu cierpi cała rodzina. Moi synowie dostali i ciągle dostają ogromne lekcje życia, odebrano im tak wiele, a najgorsze, że nie mogłam ich przed tym wszystkim ustrzec. Choroba pokazała mi też jednak, jak wspaniali ludzie mnie otaczają - dopiero teraz zrozumiałam, że dobro wraca. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem urodzoną wojowniczką i nie zamierzam się poddać na ringu - walczyłam, walczę i będę walczyć Muszę to zrobić dla moich Synów, którzy potrzebują Mamy. Marzę też, żeby odzyskać chociaż część swojego dawnego życia, za którym ogromnie tęsknię. Do walki motywują mnie przede wszystkim Tymek i Ignaś, ale też cudowne bliskie osoby, znajomi. Jednakże, aby wygrać tę nierówną walkę, potrzebuję wsparcia. Z całych sił chcę żyć! Każda, choćby najmniejsza wpłata, pozwoli mi pokryć koszty zakupu nierefundowanego leku, który wspomoże mój powrót do pełni zdrowia. Ponadto obdarowując mnie 1,5% Waszego podatku, dajecie mnie i moim Synom nadzieję. Niby tak mało a dla mnie ogromnie dużo. Z góry dziękuję za Wasze ogromne serducha!!! Fighterka Ania

24 103 zł z 300 000 zł
8%
Katarzyna Woźniak, Pilawa

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Kasia odeszła...

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Kasia odeszła... Składamy szczere wyrazy współczucia jej rodzinie i bliskim, Zarząd Fundacji Alivia. Zbiórka Kasi została zamknięta. Prosimy nie przekazywać darowizn na ten cel. ………………………………………………………..***…………………………………………………………. ❤️ POMÓŻMY KASI WALCZYĆ O ŻYCIE ❤️ Kasia ma 48 lat. Jeszcze niedawno była pełną życia kobietą, miała swoje plany, marzenia i codzienność, którą nagle przerwała straszna diagnoza. W marcu tego roku, po wypadku rowerowym, Kasia poznała diagnozę, która zmieniła wszystko. Okazało się, że walczy z bardzo złośliwym i niezwykle rzadkim rakiem kory nadnerczy (ACC), z przerzutami do wątroby, kości i układu krwionośnego. Ta wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Kobieta w pełni życia z dnia na dzień została pozbawiona swoich skrzydeł. Zamiast planować przyszłość, musi dziś walczyć o każdy kolejny dzień. Obecnie Kasia przebywa w Hospicjum Onkologicznym św. Krzysztofa w Warszawie na Ursynowie. Nie włada nogami i cały czas spędza w łóżku. Najprawdopodobniej czeka ją wózek inwalidzki. Jej leczenie onkologiczne zostało przerwane, ponieważ jej organizm bardzo źle na nie reaguje. Mimo tego Kasia się nie poddaje. Ona chce żyć! ❤️ Kasia ma 25-letniego syna Dominika i ogromne marzenie – doczekać dnia, w którym zostanie babcią. W tej trudnej walce wspierają ją mama, siostra z mężem i synem, syn Dominik oraz jej partner życiowy. To właśnie oni są przy niej, dają jej siłę i pomagają każdego dnia. Lekarze dają Kasi obecnie kilkanaście miesięcy życia. Ona jednak nie chce się poddać. Chce walczyć o każdą kolejną chwilę i zrobić wszystko, aby otrzymać jeszcze jedną szansę na leczenie onkologiczne. Dlatego potrzebne są środki na intensywną, prywatną rehabilitację, podniesienie Kasi z łóżka, odzyskanie choć części sprawności i wzmocnienie organizmu, aby mogła ponownie podjąć leczenie. Koszt prywatnej rehabilitacji to około 5 000 zł miesięcznie. Potrzebujemy również środków na przystosowanie domu do jej obecnej sytuacji: 🏠 Kompleksowy remont łazienki przystosowanej do potrzeb osoby z niepełnosprawnością – koszt około 65 000–75 000 zł. ♿ Boczna winda/platforma dla wózka inwalidzkiego – koszt około 80 000–100 000 zł. Kasia mieszka na pierwszym piętrze, a schody są ogromną przeszkodą. Bez takiego rozwiązania powrót do domu może być dla niej bardzo trudny lub wręcz niemożliwy. 🛏️ Elektryczne łóżko rehabilitacyjne – potrzebne, aby Kasia mogła bezpiecznie funkcjonować, zmieniać pozycję, być pielęgnowana i wykonywać ćwiczenia rehabilitacyjne. Przy jej obecnym stanie zdrowia jest to niezbędne wyposażenie na czas powrotu do domu. To ogromne koszty, ale dla Kasi oznaczają coś znacznie ważniejszego niż pieniądze – możliwość powrotu do domu, rehabilitacji, walki o sprawność i być może ponownego podjęcia leczenia. 🙏 Każda złotówka ma znaczenie. Każda wpłata może pomóc Kasi zawalczyć o kolejny dzień, miesiąc, a może nawet lata życia. Nie pozwólmy jej walczyć samej. Pomóżmy Kasi odzyskać skrzydła, wrócić do domu i zawalczyć o życie. ❤️ Kasia chce żyć. Chce być ze swoim synem, rodziną i ukochanym. Chce doczekać wnucząt. Pomóżmy jej dostać tę szansę. Prosimy – wpłać, jeśli możesz, i udostępnij tę zbiórkę. Każde wsparcie, nawet najmniejsze, ma ogromne znaczenie. ❤️

22 410 zł z 300 000 zł
7%
Bogusława Borkowska, Warszawa

Pomoc dla Bogusi

Kochani, dzień 26.04.2024 r. był dniem, który zmienił cały mój świat. Wszystkie plany - a miałam ich bardzo dużo, ponieważ byłam uśmiechniętą, optymistyczną, aktywną osobą - odeszły na dalszy plan. Diagnoza brzmiała strasznie: złośliwy nowotwór jajnika, bardzo rzadko diagnozowany, z ograniczonym spektrum leczenia i olbrzymim wodobrzuszem. W dniu 02.04.2024 r. przeszłam ciężką kilkugodzinną operację, po której nastał trudny czas oczekiwania na wyniki histopatologii i niepokój co dalej. Z pierwszą chemią organizm poradził sobie średnio. Znalazłam się w szpitalu, w stanie zagrażającym życiu. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu lekarzy, po dwóch tygodniach zostałam wypisana do domu w stanie stabilnym. Kiedy myślałam, że najgorsze jest już za mną, kolejna tomografia wykazała przerzut w okolicach wątroby zakwalifikowany do natychmiastowego usunięcia. Operacja przebiegła bez większych powikłań. Zaczęła się walka o każdy dobry dzień, każdą dobrą chwilę... Ból, stres i wielka pustka, jaka towarzyszy chorobie, jest nie do opisania. Trzeba głęboko wierzyć, że będzie dobrze, żeby móc trochę się uśmiechnąć. Moim największym marzeniem jest znowu być tą uśmiechniętą, radosną dziewczyną sprzed dnia 26.04.2024 r. Jeśli zechcesz mi w tym pomóc, za wszystko będę ogromnie wdzięczna. Bogusia

17 726 zł z 300 000 zł
5%
Beata Bartołowicz, Warszawa

Zbiórka na nierefundowany lek na raka

Nazywam się Olga Bartołowicz. Moja mama, Beata Bartołowicz jest moją jedyną najbliższą rodziną. 3 stycznia 2023 roku pół roku po stracie mojego ojca Jarosława Bartołowicz otrzymała diagnozę złośliwego nowotworu piersi. Była przerażona, zupełnie tak jak ja, jednak nie wpadła w złość. Postanowiła nastawić się, że jeżeli zaczyna leczenie, to zaczyna też zdrowieć. Przeszła pełną chemioterapię, cały czas skupiając się na pozytywach i procesie zdrowienia. Po chemii była operacja, a następne badania wykazały, że chemioterapia nie była skuteczna, a do tego pojawiły się przerzuty. Musiała przejść kolejną operację, co było dla nas obu bardzo trudne. Mama niedawno zakończyła cykl radioterapii i rozpoczęła leczenie hormonalne, które ze względu na przerzuty MUSI być w jej przypadku wspomagane nowoczesnym, nierefundowanym lekiem. Przez bardzo wysokie koszta (13 700 złotych na miesiąc przez 2 lata) jest poza naszym zasięgiem. Moja mama jest artystką, na co dzień zajmuje się projektowaniem wnętrz i w pracy bardzo skupia się na drugim człowieku - tworzy wyjątkowe wnętrza, a przy tym zwraca uwagę na konkretne potrzeby i funkcjonalność. Świetnie maluje, kocha zwierzęta i jest bardzo aktywna, każdy dzień zaczyna od spaceru do lasu. Zawsze się angażowała, wspierając innych w swojej pracy zawodowej i w życiu prywatnym, a teraz sama potrzebuje wsparcia. Bardzo chcę, by wyzdrowiała, żebyśmy mogły być razem... Żeby nie musiała się już martwić i mogła ze mną podróżować, spełniając plany, które przez diagnozę zeszły na drugi plan. Mamy tylko siebie... Jak możesz pomóc? przekaż 1,5% wpłać na zbiórkę - każda złotówka się liczy udostępnij! Wszystkie zebrane środki zostaną wykorzystane na leki, transport i wszelkie inne koszta związane z leczeniem.

45 566 zł z 328 800 zł
13%
Joanna Kociołek-Basta, Nowy Sącz

Joanna Kociołek-Basta - na leczenie

Hej :) Jestem mamą trójki dzieci i każdego dnia staram się, żeby nasz dom wciąż był „normalny”. Żeby były śniadania, rozmowy, obowiązki, śmiech, mimo że w tle cały czas toczy się moja walka. Staram się być obecna dla nich tak bardzo, jak tylko potrafię, nawet jeśli moje siły nie zawsze nadążają za moimi chęciami. Przed chorobą moją wielką miłością był sport i taniec. To one wyznaczały rytm mojego życia. Dawały mi energię i wolność. Ruch był moim sposobem na wyrażanie siebie. Bardzo proszę o wsparcie. Zebrane środki ze zbiórki zostaną przeznaczone na kosztowne leczenie za granicą oraz wszystkie związane z nim wydatki. To dla mnie szansa na kontynuację leczenia i dalszą walkę o zdrowie. Bardzo proszę o wsparcie. Każda pomoc ma dla mnie ogromne znaczenie.

15 172 zł z 300 000 zł
5%
Tomasz Wołoszyn, Serock

Glioblastoma! Pomóż mi uratować marzenia!

Kochani, Glioblastoma, czyli glejak wielopostaciowy IV stopnia złośliwości to diagnoza, która w każdym przypadku wywraca życie ludzi chorujących oraz ich rodzin do góry nogami. Ja jednak postanowiłem być najtwardszy, jak tylko potrafię i mocno walczyć o przetrwanie ciężkiej choroby, bo taką mam naturę, bo tego również nauczyło mnie życie, nie zawsze usłane różami. Zawsze o wszystko musiałem walczyć samodzielnie, często biorąc na swoje barki przeciwności losu. Niestety przychodzi czasem taki moment w życiu, że trzeba po prostu prosić o pomoc... Przez blisko 30 lat byłem strażakiem Państwowej Straży Pożarnej, więc cały okres mojej służby był ściśle związany z pomaganiem innym ludziom. Taką ścieżkę życiową po prostu wybrałem z pasji i zamiłowania do charakteru służby. Po odejściu na emeryturę postanowiłem jednak "nie zawieszać rękawic na kołku" tylko przekazywać swoją wiedzę i doświadczenie młodym pokoleniom. W taki sposób zostałem nauczycielem w liceum, gdzie realizowana jest między innymi edukacja dla klas mundurowych, w tym o profilu pożarniczym. W realizacji mojej dotychczasowej pracy zawodowej zarówno strażaka, jak i nauczyciela zawsze miałem ogromne wsparcie mojej kochanej rodziny - żony i syna, którzy dziś w obliczu mojej choroby jeszcze bardziej otaczają mnie troską i uczuciem. Chcę i muszę dla nich żyć, chcę dalej wprowadzać w dorosłe życie mojego niespełna 17-letniego syna, chcę dalej być silnym ramieniem i oparciem dla mojej żony, która zawsze była i jest przy mnie, a na wczesnym etapie mojej choroby uratowała mi życie, sama oczekując na poważną operację. Jako rodzina nie mamy wielkich wymagań - chcemy tylko wspólnie spokojnie i zdrowo funkcjonować i realizować wspólną pasję, którą są podróże. Osobiście bardzo chciałbym wrócić także do drugiej swojej pasji, którą jest granie muzyki. Na przeszkodzie stanęła nam moja choroba. Obecnie jestem po ciężkiej operacji usunięcia guza z mózgu, a za chwilę zaczynam dalsze, wyczerpujące leczenie onkologiczne. To początek drogi i wiem, że aby przeżyć muszę szukać dalszej specjalistycznej pomocy, także niestety nierefundowanej. Specjalistyczna dieta, szukanie pomocy w innowacyjnych metodach leczenia glejaka, takich jak terapia Optune (TTFields) czy terapia Nanotherm to ogromne koszty, których nie jesteśmy w stanie samodzielnie sfinansować. Każda złotówka od Was w tej sytuacji jest dla nas nie na wagę złota, ale na wagę życia. Bo prawdziwym złotem jest zdolność do pomagania innym.

74 910 zł z 360 000 zł
20%
Marta Leśkiewicz, Warszawa

Walka z glejakiem złośliwym

Witajcie :) Informacja o glejaku spadła na mnie, jak każde zło, nagle i zupełnie nieoczekiwanie. Z dnia na dzień zostałam wyłączona z mojej codzienności i dowiedziałam się o tym, że potencjalnie moje życie niedługo się zakończy - wiadomo, złośliwy glejak to wyrok. Mimo że diagnozę znam dopiero od miesiąca, już wiem, że jest wiele możliwości leczenia - są nowoczesne terapie, które znacząco mogą przedłużyć życie. Przeszkodą jak zwykle są koszty tych zabiegów. Nie zamierzamy się poddawać - mamy wiele planów, które potrzebują tylko czasu... i o ten czas zamierzamy walczyć z całych sił. ♥️ Jeśli chcielibyście wspomóc naszą walkę, przekazując 1,5% podatku, będzie to dla nas olbrzymia pomoc. Z góry bardzo dziękujemy, Marta I Robert

63 071 zł z 350 000 zł
18%
Katarzyna Zegarowicz, Katowice

Leczenie nowotworu i przeszczep nerwu twarzy

Wesprzyj Kasię - kobietę, która przez lata była oparciem dla innych, a dziś sama potrzebuje pomocy Kasia to osoba, która przez całe życie wspierała innych. Jej praca jako Soul Coachka i mentorka pomogła setkom kobiet przejść przez trudne momenty życia, znaleźć swoją wewnętrzną siłę, odzyskać równowagę i zmienić życie na lepsze. Zawsze stawiała innych na pierwszym miejscu, sama rzadko prosząc o pomoc. Dlatego my, jej przyjaciółki, bierzemy sprawy w swoje ręce i prosimy o pomoc, bo teraz to ona potrzebuje naszego wsparcia! W styczniu 2024 roku zdiagnozowano u niej nowotwór okolic głowy i szyi HPV-zależny. Złośliwy i rzadki typ nowotworu, którego ogniska pierwotnego nie udało się zlokalizować. Przeszła przez piekło bardzo trudnego i wyczerpującego leczenia: intensywna, równoczesna chemio- i radioterapia spaliła jej skórę, błony śluzowe i przełyk. Przez wiele tygodni żyła w ogromnym bólu, z ograniczoną możliwością jedzenia, picia i normalnego funkcjonowania. Całkowicie opadła z sił. A mimo to, przez cały ten czas pozostawała w kontakcie z kobietami, które wspiera. Podjęte leczenie zadziałało! Rak zniknął. Kasia z radością i ogromną nadzieją, że to koniec tej nowotworowej historii, wróciła do życia, do pracy, do swoich bliskich! Zaledwie pięć miesięcy po zakończeniu leczenia zorganizowała i poprowadziła czterodniowe warsztaty dla kobiet, pokazując swoją wielką moc i ogromną determinację. Podzieliła się swoją onkologiczną historią przyjmując zaproszenie do współtworzenia książki „Rak bez tabu”, w której opowiada o swojej drodze leczenia i powrotu do życia. Z myślą o tym, żeby dodać odwagi innym. Niestety, kilka tygodni temu nastąpiła nagle wznowa. Operacja, która miała być rutynowa, okazała się być dramatycznie trudna. Guz był zrośnięty z nerwem twarzowym. Aby uratować Kasi życie, lekarze musieli przeciąć jego dolną część. Dziś Kasia ma nie tylko wznowę, ale również porażenie prawej strony twarzy. Nie może ruszać policzkiem, kącikiem ust, brwiami. Ma problemy z mówieniem i jedzeniem. Twarz jest niesymetryczna, a obrzęk po operacji bardzo duży. Potrzebna będzie długotrwała rehabilitacja neurologiczna i najprawdopodobniej kosztowna operacja rekonstrukcji nerwu twarzowego. Jednocześnie toczy się dalsza diagnostyka - wynik histopatologii zdecyduje, jakie kroki będą dalej podjęte. Niestety w związku z intensywnym leczeniem, jakie przeszła rok temu, możliwości dalszego leczenia w Polsce są ograniczone. Kasia szuka pomocy również za granicą w ośrodkach specjalizujących się w rzadkich i złożonych przypadkach onkologicznych. To jednak wiąże się z ogromnymi kosztami. Dlatego prosimy Cię o wsparcie! Zebrane środki zostaną przeznaczone na: • specjalistyczne konsultacje i diagnostykę w Europie • rehabilitację i terapię twarzy (neurologopeda, fizjoterapia, medycyna funkcjonalna) • operację rekonstrukcji nerwu twarzowego • tłumaczenia dokumentacji, badania, leczenie wspomagające • ewentualną chemioterapię lub inne formy leczenia nierefundowanego Kasia – choć nie chce całkowicie rezygnować z pracy – nie jest w stanie pracować jak do tej pory. Dzięki Twojemu wsparciu będzie mogła z większym spokojem i poczuciem bezpieczeństwa skupić się na najważniejszym, czyli powrocie do zdrowia. Kasia ma wspaniałego męża, który od początku stoi przy niej jak skała, i 12-letnią córeczkę, dla której jest całym światem. Kasia pragnie żyć! Nie tylko przetrwać, ale znów być w pełni sobą. Marzy, by wrócić do pracy z kobietami, które czekają na nią i jej wsparcie. Każda złotówka i każde udostępnienie to cegiełka do tego, by Kasia mogła stanąć na nogi, wrócić do zdrowia i dalej dawać wsparcie innym. A szanse na to wciąż są naprawdę duże! -------------------- Aktualizacja 21.10.2025 Wiele się zadziało w ostatnim czasie i nie boję się powiedzieć, że było to jedne z najtrudniejszych 5 miesięcy w całej tej historii. Kilka tygodni po operacji w czasie której został uszkodzony mój nerw twarzowy i miał zostać usunięty przerzut, który był widoczny na wszystkich badaniach obrazowych, okazało się, że mimo zapewnień lekarza operującego, ten przerzut nie został jednak wycięty. Dla mnie to była tragedia, bo ta operacja była ostatnią szansą na powrót do zdrowia. Bez wycięcia tego przerzutu zostawało mi już tylko leczenie paliatywne. Wtedy zaczęła się moja rozpaczliwa walka o znalezienie rozwiązania mimo wszystko. Przejechaliśmy pół kraju, konsultowałam się z wieloma specjalistami od nowotworów głowy i szyi, każda z tych wizyt była dla mnie ogromnym stresem, a jedyne co uzyskaliśmy to szereg sprzecznych, a czasami wzajemnie wykluczających się pomysłów na dalsze leczenie. I to był moment, w którym musiałam podjąć najtrudniejszą decyzję w moim życiu - zdecydować, którą opcję wybieram. Naprawdę nie życzę nikomu znalezienia się w takim miejscu. Ja postanowiłam zaufać prof. Adamowi Maciejewskiemu z kliniki w Nieborowicach, który jako jedyny zdecydował się na przeprowadzenie kolejnej operacji, mimo ogromnego ryzyka, jakie ze sobą niosła. I wszystko wskazuje na to, że to była najlepsza z możliwych decyzja. Była to operacja wycięcia całego układu chłonnego po prawej stronie szyi i pozostałości ślinianki, która kosztowała 102 tys. zł. Mam w sercu ogromną wdzięczność dla lekarzy, którzy mnie operowali i całego personelu kliniki, oni wszyscy byli i nadal są dla mnie ogromnym wsparciem. Ale najbardziej jestem im wdzięczna za to, że przywrócili mi nadzieję. Dzisiaj, dwa miesiące po operacji, jestem w trakcie badań kontrolnych. Jest ogromna szansa, że dzięki właśnie tej operacji udało się usunąć z mojego ciała wszystkie komórki nowotworowe. Jeżeli tak jest, to przede mną już tylko intensywna rehabilitacja oraz za około pół roku przeszczep nerwu. Oczywiście też tylko w Nieborowicach. Za 2-3 tygodnie będę mieć wyniki badań, które właśnie robię. Na pewno dam znać i tutaj. -------------------- Aktualizacja 9.11.2025 Tydzień temu miałam otwierać szampana! Wyniki tomografów były świetne, żadnych podejrzanych zmian, wszędzie czysto. Wstrzymałam się jednak z tą celebracją, bo 3 dni wcześniej wyczułam po lewej stronie szyi powiększony węzeł chłonny, a u mnie to zawsze czerwona lampka. Szybka wizyta w Instytucie Onkologii w Gliwicach, biopsja następnego dnia i dość spokojne czekanie na wyniki, bo lekarze nie widzieli w tym węźle nic niepokojącego. No a do tego tomograf, który wyraźnie pokazał, że po lewej stronie nie ma żadnych niepokojących zmian, ani żadnych powiększonych węzłów. Owszem był stres, ale po wyniki biopsji jechałam z uśmiechem na ustach, bo mocno wierzyłam, że będzie to tylko potwierdzenie, że ten koszmar mam już za sobą. To, co zobaczyłam, było jednak bardzo dalekie od tego, czego się spodziewałam. Było mrożące krew w żyłach. Po raz kolejny zadziałałam bardzo szybko i już po 4 dniach byłam operowana w Klinice w Nieborowicach. Operacja się udała, prof. Maciejewski i prof. Krakowczyk wycięli cały układ chłonny tym razem po lewej stronie, a personel otoczył mnie cudowną opieką, bo niestety obrzęk spowodował czasowy niedowład języka, który pozbawił mnie umiejętności przełykania, jedzenia i mówienia. I niestety trzeba było założyć sondę do karmienia przez nos. 🙈 I, pomimo że to dla mnie ogromnie trudny i wymagający czas to wierzę, że już za moment wrócę do domu, wyniki będą dobre, a ja w końcu otworzę tego szampana! Teraz jednak, oprócz czekania na wynik, przede mną czas bardzo wymagającej rehabilitacji i dochodzenia do siebie po już 4 poważnej operacji w przeciągu 7 ostatnich miesięcy. No i uzbierania kwoty na opłacenie operacji. Kolejna aktualizacja już wkrótce! A ja pozdrawiam spod kroplówki z zupy dyniowej, która mi leci prosto do nosa. 🙈🙈

702 zł z 300 000 zł
0%